01 lip 2019

MOJA WIELKA ŻEGLARSKA PASJA

Rozmowa z Wiktorią Żaczek, Specjalistą ds. systemów RIGIPS, która każdą wolną chwilę spędza żeglując po jeziorach, morzach i oceanach.

Czy połączenie pasji żeglarstwa z pracą zawodową jest w ogóle możliwe? To pierwsze pytanie przychodzi mi na początek...

Pracujemy po to, żeby żyć i korzystać z niego na tyle, ile chcemy i potrzebujemy. Tak wygląda moje życie, więc nie wyobrażam sobie, żeby nie można było tego połączyć z pracą. Kilka lat temu zastanawiałam się czy mogłabym połączyć to w ten sposób, żeby żeglarstwo było moją pracą zawodową. Niestety doszłam do wniosku, że nie wierzę w hasło: „rób to co kochasz, a nie przepracujesz ani jednego dnia” i przyszedłby, prędzej czy później, taki moment, w którym po prostu nie chciałoby mi się wstać do roboty, mimo najpiękniejszego wschodu słońca, w najpiękniejszym miejscu na świecie.

Skąd w tobie tyle pasji do żeglarstwa? Przecież nie pochodzisz z wybrzeża…

To moja rodzina zaszczepiła od małego. Nie miałam zbyt wiele do gadania, ale jestem im bardzo wdzięczna! Pierwszy raz wzięłam udział w rejsie po Mazurach, gdy miałam 3 latka.

Jeśli jesteśmy już przy motywacji...Czy wolontariat ma sens? Jaką radość i satysfakcję czerpiesz z działalności non-profit? 

Trzeba poznać specyfikę danego zadania. W moim przypadku profit to możliwość rozwoju, nauka współpracy z innymi w warunkach czasem bardzo trudnych. Praca wolontariusza gromadzi podobnych sobie ludzi przez co tworzy się niepowtarzalna atmosfera dzielenia się tym co mamy najcenniejsze, czyli wiedzą i doświadczeniem, które sami musieliśmy wypracować. Nie ukrywam, że dodatkowym plusem jest też fakt, że można popracować na Karaibach w zimę i przepłynąć Ocean Atlantycki na pokładzie żaglowca :)

Dwukrotnie już uczestniczyłaś w projekcie Niebieskiej Szkoły, kontynuacji pomysłu kapitana Baranowskiego. Jakie wartości tej formy edukacji są najważniejsze?

Chodzi tu o pewną ideę. Pierwszego dnia na pokład wchodzą dzieci, czasem trochę przestraszone tym co się dzieje wokół, nagle nie ma rodziny, przyjaciół, Internetu i zasięgu w telefonie. To bardzo ciekawe, że uczestnicy zazwyczaj są otwarci na nowe doświadczenie, na nowe znajomości i czerpią garściami z nowych przygód, poznają nowe wartości. Dosyć szybko podporządkowują się regułom obowiązującym na pokładzie i potrafią nauczyć się współpracy z innymi – bo tylko w ten sposób można efektywnie osiągnąć cel. 
Ostatniego dnia schodzą jako bardziej dojrzali młodzi ludzie, którzy niejednokrotnie musieli pokonać własne ograniczenia i słabości. Najważniejszą lekcję kształtowania charakteru – lekcję na całe życie prowadzi najbardziej bezwzględny nauczyciel, jakim jest morze. A co ciekawsze, niejednokrotnie okazuje się, że największym wrogiem i słabością jesteśmy my sami. 

A uczniowie? Widziałaś rezultaty pracy pedagogicznej? Co wynieśli z tych rejsów? 

Podczas rejsu edukacja szkolna nie jest najważniejsza, ale tak jak już wcześniej wspomniałam - nowe doświadczenia i poznawanie wartości życia. To co uczniowie wynoszą z rejsu to kwestia bardzo indywidualna. A jeśli chodzi o rezultaty pracy pedagogicznej, to jest mi bardzo miło, gdy uczeń mówi, że matematyka wcale nie jest taka trudna i że nawet to fajne. 

Żaglowiec  STS Fryderyk Chopin, to już legenda, ale w jakiej kondycji był podczas twoich rejsów? 

STS Fryderyk Chopin jest dokładnie rok starszy ode mnie! Został zwodowany w 1992, więc chyba nie aż taki stary…? (mam nadzieję!). Statek poddawany jest regularnym remontom na lądzie, a także podczas rejsów cały czas trwają prace remontowe. Jednym z zadań uczestników są prace bosmańskie, na które składa się m.in. wyklepywanie rdzy z metalowych części, malowanie statku, konserwacja drewna na pokładzie czy reperowanie żagli. 

Codzienność na statku... Monotonia? 

Codzienność na statku, to przede wszystkim sporo pracy. Wyobraź sobie, każdy dzień rozpoczyna się dzwonkiem o 7:30 i uroczystym spotkaniem całej załogi o 8:00. Przed zajęciami trzeba przygotować śniadanie i posprzątać cały statek. Każdego dnia odbywa się 8 lekcji, między godziną 10:00 a 17:15 z przerwą na obiad. Dodatkowo obowiązkowo 4h pracy w godzinach między 20:00 – 08:00, bez względu na warunki atmosferyczne na pokładzie, w nocy.  Od czasu do czasu zajęcia (lub sen!) przerywa dzwonek, który oznacza dodatkową pracę fizyczną z żaglami lub linami, nierzadko na wysokości sięgającej 37 metrów. I to wszystko zazwyczaj z 45 stopniowym przechyłem na lewo lub prawo! Na nudę raczej nie narzekamy mimo monotonnego widoku „za oknem”, a zdarzyło się widzieć przez kilkanaście dni jedynie ocean i niebo. 


Najciekawsze porty i chwile na lądzie... 

Każde nowe miejsce jest ciekawe! Odkrywając coś nowego, uczymy się nowych miejsc. Czasem jest to bogactwo kultury mieszkańców (Wyspy Zielonego Przylądka), czasem malowniczy krajobraz (Portugalia, Lagos), mnóstwo kolorów, roślin (Brazylia, Fernando de Noronha). Czasem miejsce z możliwością poznania zwierząt strefy równikowej (Barbados, Karaiby), albo wyspy wielorybników (Azory, Portugalia). Każde miejsce jest inne i właśnie dlatego podróżowanie jest takie ciekawe. 
Można poznać wiele ciekawych osób, które swoimi opowieściami przenoszą nas w inny wymiar, przekrój od spadkobiercy olbrzymiej plantacji bananów na wyspie St. Lucii do podróżującej dookoła świata grupki pozytywnie zakręconych Szwedów. 
Każdy dzień przynosi coś ciekawego, ale jest jeden warunek – nie można siedzieć w domu, bo wszystko co najlepsze ucieka nam sprzed nosa! Jedna z najciekawszych chwil, to moment gdy po 17 dniach patrzenia tylko na wodę i niebo w końcu widać na horyzoncie upragniony przez załogę ląd. 


Opowieść z dreszczykiem, coś się wydarzyło?

Wszyscy pewnie liczą na opowieść o sztormie. Sztorm owszem, przyszedł, ale sztorm to nic złego, pomijając fakt, że kapitan wtedy dosyć często wzywa całą załogę na pokład do pracy fizycznej żaglami. Wspomnienie z dreszczykiem wbrew pozorom mam z pięknego słonecznego, aczkolwiek dość wietrznego dnia. Dzień był super! Wzięliśmy udział w regatach dookoła wyspy Barbados. Pełno alarmów, zwrotów, maksymalnie dużo pracy na żaglowcu. Płynęliśmy ok. 13 węzłów zanim zrefowaliśmy żagiel. Kapitan wydał komendę na zrzucenie dwóch najwyżej usytuowanych żagli. Po zrzuceniu, trzeba było wejść na górę (30-37 metrów), żeby je związać. Poszłam na góry...były tak duże przechyły ze drabinka zwykle pionowa była przechylona w bardzo komfortowy do wchodzenia sposób. Za to na górze, rzucało niemiłosiernie. Czasem miałam problem żeby się utrzymać, ale dzielnie weszłam. 
Po dłuższej chwili okazuje się ze nie ma drugiej osoby do pomocy w najwyższym punkcie, wszyscy się boją. Byłam jedyna z dorosłych osób na górze, wiec obsłużyłam swoją część żagla, przełamałam się, i weszłam na najwyższy punkt Fryderyka Chopina przy wietrze około 35 węzłów (ok. 65 km/h) przy ostrym kursie. Kilka razy złapałam się drabinki w ostatniej chwili. Czekałam na odpowiednią falę by przepiąć karabińczyk. Do tego wszystkiego na chwile przyszła taka ulewa, że wszyscy mieliśmy wrażenie ze ktoś do nas strzela. 
Daliśmy wszyscy radę, zeszliśmy zmęczeni ale zadowoleni. Przybiliśmy piątki i wróciliśmy do pracy na pokładzie. Wszyscy uwijali się tego dnia jak mrówki na pokładzie. Dłonie zdarte do krwi na linach (niefartem zapodziałam gdzieś swoje rękawiczki i długo nie czułam dłoni) – po regatach zamówiłam zimne piwko, by dać ulgę swoim zmęczonym dłoniom. Regaty wygraliśmy, to był fantastyczny dzień.

Co możesz poradzić takim szczurom lądowym jak my, by rozpocząć swoją przygodę z wodą? Ale bezpiecznie...rzeczki, jeziora, kajaki? 

Na rozpoczęcie przygody z żaglami najlepsze są nasze najpiękniejsze Mazury! Nie bez przyczyny mówi się Mazury, cud natury!

Najważniejsze na koniec. Będzie trzeci rejs? 

Na razie nie wyobrażam sobie siebie mówiącej, że już nie wrócę na morze ;). Myślę, że z pewnością coś wymyślę na kolejny rejs, ale dokąd i czy na STS Fryderyku Chopinie to czas pokaże…

  

Rigips dla Ciebie